Przeziębienie większego kalibru

Czas, od kiedy nie przyjmuję antybiotyków bije kolejne rekordy. To już rok i nieco ponad 4 miesiące od mojej ostatniej dożylnej antybiotykoterapii. Niestety w połowie marca pogorszyło się nieco moje samopoczucie. Wszystko zaczęło się od napiętego i nerwowego tygodnia w pracy, byle jakiej wiosennej pogody i wzmożonej aktywności przy kiepskich warunkach atmosferycznych. Ale takie jest życie, które nie pozostawia nam czasami innego wyboru.

Spadająca forma zdrowotna wymusiła wizytę u lekarza i wzięcie tygodnia chorobowego na podreperowanie zdrowia. Jak zawsze w takim wypadku, rozpocząłem kurację zwiększonymi dawkami witaminy C. Niestety po tygodniu forma zdrowotna nadal była kiepska. Rzekłbym nawet, że fizycznie czułem się gorzej niż jeszcze kilka dni wcześniej. Jedną ręką sięgałem już po Ibuprofen, a druga ręka myślała, czy nie otworzyć pudełka z antybiotykami. Tego chciały ręce. Głowa podpowiadała jednak coś innego.

Bo jeśli „standardowo” – że tak to nazwę – przy przeziębieniu z jakim miałem przeważnie do czynienia, po 3-4 dniach przyjmowania zwiększonych dawek witaminy C, następowała zawsze poprawa, a teraz tej poprawy nie widać, to: jakiś czynnik zakłóca działanie ww. witaminy albo w moim organizmie dzieje się coś większego, aniżeli samo przeziębienie.

Założyłem, że w moim przypadku problem z powrotem do zdrowia leży w punkcie pierwszym. Jako, że od 2 tygodni testuję kurację olejkiem z oregano (a wcześniej go nigdy nie przyjmowałem) założyłem, że to on „coś” zakłóca i mam problem z powrotem do zdrowia. Przerwałem więc tę kurację i cierpliwie czekałem na efekty. Dodatkowo podwoiłem częstotliwość przyjmowania witaminy C.

Desperacja

W przedostatnim dniu chorowania postawiłem wszystko na jedną kartę. Zaplanowałem wyjście na krótki spacer. Nic tak nie poprawia przecież formy i samopoczucia, jak wyjście na świeże powietrze. Przed wyjściem zażyłem 600 mg ACC i zrobiłem inhalację z soli 6%, aby rozrzedzić nieco zalegającą jeszcze w płucach wydzielinę. Z planowanego krótkiego spaceru zrobił się spacer przez duże „S”, a ostatecznie – jak na moje ówczesne samopoczucie – spacer o poziomie trudności 10.

Teren górzysty, a ja oprócz własnych kilogramów mam jeszcze wózek z dzieckiem w środku. Ostatni odcinek jednego kilometra z różnicą wysokości 70 m, ale co tam – targam pod górę z tym wózkiem. Po prawie dwóch godzinach, mimo fizycznego zmęczenia, wracam do domu zadowolony, że dałem radę i mimo wcześniejszego zmęczenia „chorowaniem” nie było tak źle jak na początku myślałem.

Można? Okazuje się, że można. A wszystko zależy od naszego nastawienia i myślenia! Kiedy głowa pozytywnie myśli, to i ciało pracuje jak należy.

Efekt?

Ostatecznie na początku kwietnia zdrowie wróciło do dawnej formy. A po problemach, o jakich tu pisałem, nie było widać śladu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.